Mam bruzdę w mózgu. Głęboką i długą. Jest pełna lejów po bombach, dziur po kulach, śladów czołgowych gąsienic i wraków wojskowego sprzętu. Z niektórych jeszcze dymi, z innych buchają iskry. Zabitych już nie ma, tylko rannych jeszcze opatrują.

Widzę to wszystko z niewielkiego wzniesienia, na którym stoi mój bunkier. Na zewnętrznych ścianach ślady po ostatnim ataku, a pancerne drzwi prawie stopione. „Pewnie powinienem teraz wypowiedzieć jakiś wzniosły cytat, z któregoś z legendarnych strategów” – myślę sobie schodząc w dół bruzdy. „Pieprzę to! Jestem zmęczony i chciałbym wreszcie usiąść do stołu rokowań. Tak dalej żyć się nie da.”

„Tyle spalonych mostów, bezsensownych ofiar… A i tak moim największym wrogiem jestem ja sam.”

***

Samochód terenowy wiezie mnie po wertepach, wymija pozostałości umocnień i wejścia do okopów. Jadę, żeby popatrzeć na wszystko z lotu ptaka. Zaraz wsiądę do helikoptera. Na szczęście jest już bezpiecznie, nikt mnie nie zestrzeli.

Z góry wszystko wygląda lepiej. W sumie trochę jak plac budowy. Taki chwilowy chaos, z którego wyłoni się coś dobrego. Teraz widzę, że ta bruzda ma konkretny kształt, jakby napis. Już widzę dokładnie wyryte litery. Ale nie zdradzę ich Tobie. To będzie moja tajemnica. Mogę tylko Cię uspokoić: będzie dobrze. Jeszcze nie dziś, nie jutro. Ale będzie.

Wszystkie moje wojny

Helikopter ląduje. Ja wciąż daleko od domu. Ostatnia odprawa z oficerami. Podziękowania, otarta łza. Za plecami wielkie transportowe maszyny podrywają się w lot do macierzystych baz. Po chwili telefon. Znany głos, wiele głosów. Łkanie, że już niedługo, że jutro się zobaczymy.

***

W brązowej aktówce, która leży teraz pod moim siedzeniem w samolocie, jest koperta. W niej lista tych wszystkich ludzi, którzy zginęli przeze mnie. Zupełnie bez sensu. Walczyliśmy o snopy siana, skrzydła z tektury, wirtualne wyspy w cyfrowym świecie. Biliśmy się, bo tego chciała nasza ambicja i głupie marzenia o królestwie bez króla. Chwytaliśmy się za karki pewności siebie, że wiemy lepiej dokąd pójść…

Dopiero teraz, gdy wracam do rodziny, wyciągam lekcje z ostatniej wojny. Zawsze lepiej późno niż wcale. Jak tylko dolecę, trochę odpocznę, pochowam kogo trzeba i zacznę żyć od nowa. Tylko niech jeszcze ten świst kul przestanie mi się śnić i ten ostatni pocisk moździerzowy, który wybuchł blisko mnie i wielu poharatał.

***

Samolot zatoczył koło nad granicami miasta. Słońce właśnie gasło, a chmury na horyzoncie nabrały złowieszczych barw ognia i stali. Patrzę na nie przez okno, tymczasem w dole zamajaczyły już blade światła lotniska. Wyjmuję z kieszeni małe pudełko, w którym przechowuję oryginalne pamiątki: łuski po nabojach z różnych wojen. Dokładam ostatnią, która wypadła nie tak dawno z broni. Dotąd pamiętam jej brzęk, gdy odbija się od maski wozu pancernego, i widzę jak wpada w proch i pył na samym dnie mojej bruzdy w mózgu. Nie chcę do tego pudełka dokładać już żadnej nowej łuski.

Ale nie przekuję mieczy na lemiesze. Nie można ustawać w walce, trzeba tylko wybrać właściwego przeciwnika, odpowiednią sprawę. Czas wreszcie wystartować w dobrych zawodach, bić się o prawdziwe życie, bronić miłości, ocalać nadzieję.

No i przecież nadal jestem żołnierzem. Dopóki nie zabrzmi trąbka nad moim grobem.

Wszystkie moje wojny

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze, zapisz się na Newsletter
Obserwuj mnie na Instagramie

Zobacz, to jest ciekawe