To miał być spokojny, wiosenny weekend na działce – pielenie grządek, palenie liści, popijanie cydru… ale nie, musiało się coś wydarzyć!

Siedzę spokojnie przy wieczornym grillu, a tu: jak nie huknie, jak nie zaświszczy i zasyczy i na trawniku przed domkiem wylądował latający spodek. Aż karkówka z rusztu zleciała. Mnie zamurowało tak, że mogłem tylko rozdziawić buzię.

W rozświetlonym jak choinka spodku otworzył się właz, bezdźwięcznie wysunął się mały pomost i oparł o grunt. Po chwili stanął przede mną mały zielony ludzik.

– Witaj Ziemianinie, nazywam się LeruKokuTet i przybywam z propozycją nie do odrzucenia – mówił śmiesznym piskliwym głosem kosmita. – Więc siadaj, podnieś tę karkówkę z ziemi i słuchaj – zakomenderował.

Nie miałem wyjścia, zresztą czułem jak nogi wrosły mi w ziemię. Nawet na pomoc nie mogłem wołać, bo akurat dziś nie było sąsiadów.

– Tak sobie latamy po tej waszej galaktyce i trafiliśmy przypadkiem na tę planetę. Co się naśmialiśmy z waszej technologii i podejścia do życia… – mówił z wesołością przybysz. – Nie wiem, jak to możliwe, że Ziemia jeszcze istnieje. Jednak jesteśmy kosmitami, którzy mają misję, by chronić takie bezradne światy jak twój – kontynuował. – Dlatego chcemy, żebyś był naszym… yyy…, nazwijmy to, człowiekiem w tym świecie!

Dominik Jabs

 

Już się zacząłem zastanawiać, czy ten cydr co to go popijałem, to na pewno cydr i czy w tych palonych liściach nie było podejrzanych domieszek, gdy nagle, zza wąskich pleców ufoludka wyłonił się jego kolega. Jeszcze bardziej zielony niż pierwszy.

– Witaj Ziemianinie, nazywam się TetUkokUrel, i teraz przedstawię warunki współpracy – zapiszczał. Podszedł do mnie, wtrynił kawał mojej karkówki i wyjął malutką, przeźroczystą ampułkę. – Proszę, weź ją i połknij, jutro rozpoczniesz nowe życie – mówił z emfazą w głosie zielony ludek.

– Ale co się wtedy stanie? – zapytałem wreszcie, bo jak dotąd nie mogłem wydusić z siebie słowa.

– Koleś, bez paniki. Będziesz prowadzić bloga, a my Ci w tym pomożemy! Zaczynasz jutro!

Chciałem protestować, polemizować, ale na próżno. Poczułem jak chwytają mnie ufoludzkie macki, a ampułka ląduje w moich ustach. Gorzki płyn rozlał się po języku, i znowu jak nie huknie, jak nie zaświszczy i zasyczy… Obudziłem się zlany potem. Rozejrzałem dookoła, cisza i spokój przed moim domkiem, grill już wygasł, karkówki nie było, a na stoliku obok laptop z karteczką: „Twój blog jest gotowy. Pisz, podpowiemy co i jak, a za rok znowu wpadniemy”.

I tak to się zaczęło… Też tak mieliście?

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze, zapisz się na Newsletter
Obserwuj mnie na Instagramie

 

Zobacz, to jest ciekawe