– Chcesz z tego zrobić maszynkę do zarabiania pieniędzy! – Bo jeszcze pomyślą, że chcemy na tym zarabiać. – Chcesz na tym miliony zbijać! – usłyszałem zdumiony, gdy próbowałem z pewną grupą bardzo pobożnych osób zadbać o rozwój wspólnego projektu i zarobić na jego utrzymanie.

Mało tego, zaangażowani ludzie od dawna utyskiwali na własne finanse, a przedsięwzięcie które prowadzili mogło tę sytuację zmienić.

Nie zgodzili się jednak na żadne modyfikacje dotychczas objętej drogi, mimo że były ku temu przesłanki. Nie wchodziły w grę żadne optymalizacje. Nie było zgody na jakiekolwiek przesunięcia personalne. Słowem nie można było zrobić nic, co wyzwoliłoby potencjał.

Za to wielokrotnie podkreślano, że to jest „dzieło boże”, więc „Pan Bóg będzie to prowadzić” i „nie potrzeba żadnych zmian, bo idzie nam świetnie”. Owszem, dwa pierwsze miesiące funkcjonowania projektu były bardzo dobre, jeśli chodzi o społeczne reakcje. Panowała też euforyczna atmosfera. Jednak narastał coraz większy opór przed koniecznymi zmianami.

pieniądze

Photo credit: Tax Credits / Foter / CC BY

Wyglądało to tak, jakbyśmy zwodowali piękny, oceaniczny jacht, wyszliśmy z portu, ale załoga blokowała sternikowi dostępu do mostka. A to, że nie działa nam nawigacja, że nie wiemy czy wystarczy paliwa i jakie są prognozy meteo, nie ma znaczenia. Wystarczy nasze przekonanie o Bożej opiece i prowadzeniu.

Nigdy nie kwestionowałem, że pomoc Opatrzności, Jej natchnienia, są potrzebne, a wręcz niezbędne w różnych dobrych dziełach. Bóg działa przez ludzi, a więc istoty obdarzone przez Niego rozumem – wyjątkowym narzędziem, dzięki któremu możemy zmieniać świat. Postąpiłbym więc nierozumnie, a więc też wbrew woli Bożej, nie robiąc wszystkiego co należy, by dane przedsięwzięcie się rozwijało i jak najlepiej pełniło swoją rolę.

Czy projekt, w który byłem zaangażowany, nadal istnieje? Oczywiście. Czy po niemal roku funkcjonowania dorósł do możliwej dla niego wizji przewidzianej w tym czasie? Nie. Dryfuje po oceanie możliwości i niewykorzystanych szans. Pławi się w nonszalanckim przekonaniu jego obecnych zarządców, że „idzie nam świetnie”. Szkoda.

Patrz, mam nawet własna walutę na blogu: dolar jednorazowy ;-)

Patrz, mam nawet własna walutę na blogu: dolar jednorazowy 😉

Mam jednak taką intuicję, że istnieją przynajmniej dwa klucze do zrozumienia tej historii. Są to pewne bariery, które nierzadko spotykam wśród moich współbraci-katolików:

1. Przekonanie,

że zarabianie pieniędzy na rzeczach w jakimś stopniu „stowarzyszonych” ze sprawami wiary, z Kościołem, odbiera im autentyczności, może nawet jest „niegodne”.

2. Przekonanie,

że do realizacji „misji”, którą sobie założyliśmy, wystarczy Boża łaska, a takie kwestie jak tworzenie strategii, struktur, wyznaczanie celów i przemyślane dobieranie ludzi do zadań, to „korporacyjne” porządki i nowomowa. Zatem należy je odrzucić.


W ten sposób doświadczamy paradoksu: pieniądz – zamiast być środkiem do celu, którym także jest dobro – staje się zakazanym owocem, a my więźniami fałszywych założeń. A jak wiadomo źródło fałszu, w świecie judeochrześcijańskiego dziedzictwa, jest tylko w jednej konkretnej Osobie 😉

Nie po to dostajemy narzędzia (w tym przypadku różne Boże dary), żeby chować je pod stół, bo nie pasują do naszych przyzwyczajeń, subiektywnego poczucia bezpieczeństwa, naszych wizji. Mamy z nich korzystać, bo zmienianie świata na lepszy, to nie gra w bierki, a nasz Przełożony nie jest woźnym w szkole, tylko Królem Królów. Parafrazując pewnego klasyka, „więc niech i nasze dzieła będą królewskie.”

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze.
Obserwuj mnie na Instagramie

Uwaga, uwaga, dodatek specjalny:

Czy katolik może być milionerem? Posłuchaj rozmowy z Maciejem Gnyszką, założycielem Towarzystw Biznesowych. – Jako wierzący jesteśmy powołani do przedsiębiorczości, więc musimy robić to najlepiej – mówi Gnyszka. Nagranie z 2013 roku, tuż po konferencji „Bądź milionerem”.

Zobacz, to jest ciekawe