Działo się w Słupsku w latach 90-tych. Była jesień, ale nie ta polska i złota, tylko szara, brudna i ponura. Dzień przed wydarzeniami lało upiornie, więc ścieżki na cmentarzu komunalnym oblepiał dywan mokrych liści, a miejscami straszyły błotniste kałuże. Ale życie musi toczyć się dalej i nie ma co czekać z pogrzebem.

Z kaplicy, z całym dostojeństwem, karawaniarze wyprowadzili trumnę. Tuż za nią ruszył tłum żałobników wzdychających i ocierających łzy. Wszyscy oczywiście ubrani na czarno. Wszyscy w wyjściowych butach: lakierki, trzewiczki, i co tam jeszcze. Ci, co przybyli na tę smutną uroczystość  z daleka, równie intensywnie myśleli o nieżyjącym, co o schabowym i wódeczce na stypie.  Natomiast rozmowy toczono jak to na pogrzebie:

– Szkoda człowieka… młody był jeszcze… – chlipał facet w płaszczu.
– Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy… – żałowała dama w czarnym szalu.
– Papieroska? – rzucił pod nosem pryszczaty młokos do kolegi .
– Ma pani piękny wieniec! – skomplementował ktoś młodą dziewczynę o wydatnych kształtach.  

Jeśli którejś z pań poślizgnęła się noga na mokrej nawierzchni, zawsze znalazło się jakieś męskie ramię, by podtrzymać przed upadkiem. Tym bardziej, że stary słupski cmentarz położony jest na wzgórzu, więc o wywrotkę nie trudno.

Nikt, nawet w najśmielszych snach, nie przypuszczał, że zapamięta ten dzień, nie tylko z powodu pożegnania z bliskim.

Kondukt szedł z wolna pod górę. Brzmiała pieśń „Któryś za nas cierpiał rany…”, słychać było głuchy stukot obcasów i pociąganie nosem. Może z powodu płaczu, a może przeziębienia? Lato już się dawno skończyło, przyszła pora infekcji, więc nic dziwnego, że ktoś kichnął.

Dźwięk, niczym wystrzał z armaty, rozdarł przedpogrzebową ciszę. Kilka osób drgnęło, w tym jeden z karawaniarzy. Szarpnął drewnianą jesionką, czym przestraszył współpracownika idącego przed nim. Ten zaś wykonał gwałtowny ruch nogą na mokrych liściach, rymsnął na pupę i podciął kolejnego z kolegów…

– O rzesz…. – dało się słyszeć spod trumny.
– Kurrr…. – rzucił ktoś obok.

Łatwo wyobrazić sobie, jaki efekt wywołała nagła wyrwa w ludzkich podporach pod skrzynią z umarlakiem, która swoje ważyła. Niosący rozpierzchli się na boki, a trumna runęła na ziemię. Po czym, by grawitacji stało się zadość, zaczęła zsuwać się ścieżką w dół wzgórza. Żałobnicy musieli uskakiwać na boki, by nie dać się rozjechać. Niektórzy przy tym fikali efektowne koziołki, wpadali na siebie, a panie z wrażenia łamały obcasy.

 

Photo credit: Tim Green aka atoach / Foter / CC BY

Photo credit: Tim Green aka atoach / Foter / CC BY

 

Na nic się zdały wysiłki personelu domu pogrzebowego, by powstrzymać pudło z truchłem, które pędziło coraz szybciej. Jeden po drugim wykładali się na ziemi lub wpadali do okolicznych kałuż…

– Ludzie! Ratujcie go!!! – krzyczał ktoś z bliskich umarłego.
– Ja pierrr…. Gońcie te zwłoki! – wrzeszczał kierownik do karawaniarzy.

Niektórzy, przeczuwając jak zakończy się ślizg trumny, zamknęli oczy, inni wznosili ręce do nieba, a jeszcze inni usiłowali wstać z mokrej nawierzchni, co zazwyczaj kończyło się kolejną wywrotką i… zjeżdżaniem za zmarłym. Biorąc pod uwagę stan ubrań żałobników i ich nieskładne ruchy, wyglądali jak horda zombie świeżo po opuszczeniu grobów.

Dramat dopełniło drzewo na końcu cmentarnej ścieżki, w które przyfastrygowała trumna i to na tyle skutecznie, że ciało wyskoczyło z niej jak z katapulty. Unurzani w błocie i zgniłych liściach grabarze próbowali jakoś zaopiekować się zwłokami oraz trumienną garderobą. Część pogrzebowych gości wyła z płaczu, a część zanosiła się od demonicznego śmiechu. Makabra przeplatała się z czarnym humorem, horror z komedią, a życie ze śmiercią.

– Ale urwał! – ryknął starszy jegomość o błędnym wzroku.
– Jadźka, od jutra nie piję! – zaszlochał ktoś inny wyrzucając do kosza małą butelkę żołądkowej.

 

coffin

 

Niektórzy padali na kolana w geście modlitwy, inni przypominali sobie, że nie wymyślono jeszcze smartfonów i mediów społecznościowych, więc nie wrzucą zdjęcia na fejsa…

I tylko wiewiórki, które szykowały się do zimowego snu, zastanawiały się skąd ten zapach siarki pod ich drzewem.


 

Co wydarzyło się dalej? To mogą wiedzieć tylko najwytrwalsi świadkowie tych dramatycznych wydarzeń, bo zaraz po incydencie rozszalała się ulewa i wichura, która skutecznie wywiała połowę gości, w tym piszącego te słowa.

 

Memento mori, Ziom!

dynie_motyl


 

newsletter

Zobacz, to jest ciekawe