Dawno, dawno temu w Hollywood było ponoć takie zdarzenie:

Kilku scenarzystów spieszyło się na spotkanie z producentem. Każdy chciał jako pierwszy zaprezentować swój pomysł na film. Wszyscy tak szybko i nieuważnie biegli, że… zderzyli się ze sobą i poprzewracali tuż pod drzwiami producenta. Maszynopisy rozleciały się po podłodze i pomieszały ze sobą. I właśnie w tym momencie drzwi otworzył producent zaniepokojony hałasem na korytarzu. Schylił się, by pomóc nieszczęśnikom pozbierać kartki. Zebrał kilka przypadkowych stron, przejrzał je szybko i wykrzyknął: “Genialne! Dlaczego nikt wcześniej mi tego nie pokazał!?” Okazało się później, że producent złożył w jeden plik parę kartek z różnych scenariuszy…

Podobno od tamtego czasu producenci filmowi korzystają ze specjalnego generatora scenariuszy, który tworzy kolejne historie na bazie już napisanych i sfilmowanych tekstów.

W ten sposób powstają dzieła wtórne, ale strawne i lubiane przez popkulturowego widza.

Dlaczego nie iść na LIFE

David Jordan (Jake Gyllenhaal) and Miranda North (Rebecca Ferguson) in Columbia Pictures’ LIFE.

Life is Life…

Właśnie takim filmem jest “Life”, z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej (wspominam o nim, bo grał w moim ulubionym i rewelacyjnym dramacie policyjnym “Bogowie ulicy”). To historia, w której dzielni ziemianie walczą ze złym kosmitą na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Jednak to, co było dla mnie najfajnieszą rozrywką podczas seansu, to szukanie motywów z innych filmów:

  • jest tu więc trochę z “Obcego” (uganianie się astronautów po statku kosmicznym za kosmitą i vice-versa),
  • jest motyw z “Bloba – zabójcy z kosmosu” ze Steve McQueenem (żeby skonsumować ofiarę kosmita musi ją opleść, zassać w swoje ciało),
  • mamy tu klimat z “Coś” Carpentera (naukowcy odmrażają gościa z innej planety, a on w zamian wycina w pień prawie całą załogę),
  • można też odczytać nawiązania do horroru “Inwazja łowców ciał” z 1978 roku z Donaldem Sutherlandem i Jeffem Goldblumem w rolach głównych (kosmici usiłują wniknąć w ciała ludzi dostając się przez każdy otwór, a najlepiej ten gębowy) i…
  • …i pewnie coś jeszcze można by znaleźć (niektórzy twierdzą, że “Grawitację” i “Odyseję kosmiczną”).
Dlaczego nie iść na LIFE

David Jordan (Jake Gyllenhaal) in Columbia Pictures’ LIFE.

Life is brutal

Twórcy próbowali nadać historii trochę patosu, symboliki i np. statek kosmiczny, który dostarczył próbki marsjańskiego gruntu z ukrytym w nim przybyszem nazywał się „Pilgrim”, a dok na Stacji, w którym miał się zatrzymać pojazd – Plymouth Rock. To nawiązanie do miejsca, w którym w 1620 roku rozpoczęła się nowa faza w kolonizacji Ameryki Północnej. A wiadomo jakie to miało skutki dla rdzennej ludności.

Ciekawe też, że wątek marsjański pojawia się w sposób odstający od obecnych trendów w kulturze popularnej (niedawny film “Marsjanin” z Mattem Damonem i wcześniejsze obrazy, gra planszowa “Terraformacja Marsa”), co jest pokłosiem wielkiego marzenia ludzkości o załogowej misji na Marsa.

Ale nietrudno się domyślić, że umieszczenie akcji “Life” tak blisko Ziemi i w dodatku w scenerii przecież naprawdę istniejącej stacji kosmicznej ma dodać całej historii dramatyzmu. A może też dodatkowo przestraszyć sugerując, że ostatecznie nie wiemy co tam astronauci mają aktualnie w próbówkach i czy krążąc na orbicie okołoziemskiej nie narażają się na mniej lub bardziej niechciane odwiedziny 😉

Dlaczego nie iść na LIFE

David Jordan (Jake Gyllenhaal) in Columbia Pictures’ LIFE.

Ostatnia rzecz, która mnie zastanowiła to zakończenie [uwaga spoileruję od tego momentu]:
W wyniku serii niefortunnych zdarzeń i śmierci prawie całej załogi, kosmita, wraz z jednym
z astronautów, ląduje na ziemi. A dokładnie gdzieś u wybrzeży Chin. Kapsuła ratunkowa od razu wzbudza zainteresowanie okolicznych rybaków, którzy ją otwierają, bo przecież chcą uratować pasażera, ale ten jest już opleciony marsjańskim pasożytem….

Państwo Środka jak zły kosmita?

Biorąc pod uwagę, że pozaziemski gość jest odporny na ogień i wszelkie inne próby zniszczenia i że z każdą wchłoniętą ofiarą rośnie, wypuszczenie go na wolność to prawie pewny wyrok śmierci dla ludzkości. Czy w ten sposób twórcy sugerują, że teraz największe zagrożenie światowe z jakim będzie trzeba się zmierzyć wyjdzie z Chin? Obecna sytuacja polityczna zdaje się to potwierdzać – dynamiczny wzrost Chin, malejąca rola Rosji i USA w regionie i niełatwe relacje między Waszyngtonem a Pekinem. Oby takie przesłanie ostatniej sceny filmu było tylko moją nadinterpretacją…

Podsumowując: nawet mimo rozbudzania we mnie geopolitycznych refleksji oceniam film negatywnie. „Life” jest kosmiczną kalką bez większych ambicji. Twórcy nie silą się na oryginalność pozostając w bezpiecznych granicach sprawdzonych i do bólu ogranych schematów. To rozrywka przeciętnej jakości, w której autorzy próbują straszyć widza wyskakującym z zza węgła krwiożerczym stworkiem i perspektywą zagłady ludzkości.

Dlaczego nie iść na LIFE

Miranda North (Rebecca Ferguson) in Columbia Pictures’ LIFE.

Z drugiej strony „Life” w pełni wpisuje do klimatu kinowego multipleksu (w tym przypadku Cinema City, w którym byłem), który jest odpowiednikiem wesołego miasteczka, w którym zamiast karuzel i górskich kolejek proste emocje wywołuje obraz i dźwięk. Od czasu do czasu lubię wsiadać w takie popkulturowe karuzele, ale przejażdżka tą o nazwie „Life” to zdecydowanie jednorazowa atrakcja.

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze.
Obserwuj mnie na Instagramie

Zobacz, to jest ciekawe