Zupełnie przypadkiem obsługująca mnie pani w urzędzie dzielnicy dowiedziała się, że mój syn chodzi do szkoły setki kilometrów od Warszawy. Składałem parę miesięcy temu jakieś pismo i był w nim potrzebny adres placówki. I już po chwili czułem się jak w jednym z kawałów o radiu Erewań:

– Czyli Pana syn nie mieszka z panem?
– Nie, no mieszka.
– Ale przecież uczy się w innym mieście.
– Nie, uczy się w domu.
– To dlaczego tu jest napisane, że szkoła w Sulejówku?
– Tam jest zapisany, ale uczy się w ramach edukacji domowej.
– Czyli coś z nim nie tak?
– Nie, jest w pełni zdrowy…

Wzrok pani urzędniczki mówił wszystko, albo i nie mówił nic, tak ją skołowało.

– Ale… to kto go uczy?
– No, żona i ja.

Kolejny szok, z którego z trudem się otrząsała nawet, gdy zacząłem tłumaczyć, że normalnie realizujemy program, że co jakiś czas są egzaminy. Wreszcie urzędniczka już chyba wiedziała na czym stoi. Nie kryła jednak, że nigdy wcześniej nie zetknęła z takim przypadkiem i padło sakramentalne, jakże przewidywalne:

– A co z socjalizacją? Wie Pan, to się może odbić na nim w przyszłości, ten brak kontaktu z dziećmi i ciągłe bycie z mamą…

Właśnie tak jak to opisałem powyżej reagują inni ludzie, gdy dowiadują się, że moje dziecko korzysta z edukacji domowej. Zdziwienie, a czasami wręcz współczucie, szczególnie zaś na tle tego braku socjalizacji, to norma. Bywa, że niektórzy patrzą nawet podejrzliwie, no bo jak tak można odbierać dziecku tę niewątpliwą przyjemność i kluczową dla jego rozwoju rzecz chodzenia do szkoły i biegania na przerwy z chmarą rówieśników… Ale ja rozumiem te reakcje, bo wiedza o edukacji domowej jest w społeczeństwie wciąż niewielka. Tak jak świadomość, że w polskim prawie nie ma obowiązku chodzenia do szkoły, tylko jest obowiązek szkolny. Można go z powodzeniem realizować poza instytucją szkolną.

daniel

Daniel podczas meczu na zakończenie sezonu

Zarzut braku socjalizacji jest bzdurą. Edukacja domowa nie polega na zamknięciu dziecka w czterech ścianach i odcięcia od kogokolwiek. Moje dzieci korzystają przez cały tydzień z zajęć w ramach Ogniska Pracy Pozaszkolnej i trenują piłkę nożną w ramach Be A Star Football Academy. Wszystko odbywa się po południu i nie zabiera tyle czasu co tradycyjna szkoła. A w ciągu dnia jest czas na naukę pisania, czytania, liczenia. Niekoniecznie przy biurku, i na pewno bez szkolnego reżimu sztywnego planu lekcji. Wszystko idzie bardziej w zgodzie z rytmem aktywności dziecka. Nie ma też potrzeby wczesnego zrywania maluchów z łóżka, chociaż mój syn dzień w dzień wstaje o tej samej wczesnej porze, nawet w niedzielę. Tak już ma 🙂

Zarzut braku socjalizacji jest totalną bzdurą. Twoje dziecko i tak może być pierdołą, samolubem i odludkiem, nawet jeśli poślesz je do najlepszej szkoły w mieście, szkoły pełnej uśmiechniętych nauczycieli i życzliwie nastawionych wychowanków, z których co drugi wygrywa olimpiady. Bo w dużej mierze to, jakie będzie dziecko, to kwestia jego predyspozycji, Twojego do niego podejścia i zaangażowania w odkrywanie z nim świata. I w ogóle klimatu w rodzinie, relacji w niej, systemu wartości, priorytetów i czy go nie tłamsisz, gdy wychodzi z jakąś inicjatywą, w stylu: „Mogę zrobić sam kiszone ogórki?”

Mój ośmioletni syn o wiele lepiej integruje się z innymi dziećmi, mimo że nie spędził nawet pół dnia w szkolnej ławce pośród mrowia uczniów, niż ja, który przeszedłem standardową ścieżkę: zerówka – podstawówka – szkoła średnia. Syn potrafi bardzo dobrze przezwyciężać ogromne pokłady nieśmiałości, które odziedziczył po mnie i teraz odkrywa w sobie olbrzymie zasoby otwartości na innych i chęć do współpracy. Wyobraź sobie, że jest najlepszym pomocnikiem w swojej drużynie piłkarskiej i motywuje innych 🙂

Mój ośmioletni syn radzi sobie z czytaniem, pisaniem i liczeniem jak przystało na drugoklasistę. W ślad za nim podąża jego o dwa lata młodsza siostra. A i tak mocne podstawy do nauki zwłaszcza liczenia i czytania, obydwoje zdobyli dzięki inicjatywom dziadka i rodziców-krejzoli na punkcie gier planszowych, jak np. Monopoly. „To jak teraz chcesz grać dalej, to licz ile jest na kostce”, słyszały nasze dzieci. To oczywiście pewne uproszczenie, ale tak się to zaczynało 🙂

karolina

Karolina, mała artystka, na wernisażu swoich prac 🙂

Ale spokojnie. Edukacja domowa nie jest dla wszystkich. Więc nie wyrzucaj sobie, że co rano zrywasz dziecko do szkoły. Jeśli nie czujesz tematu, nie widzisz w tym siebie, to nic na siłę. W mojej rodzinie przymierzaliśmy się do niej ponad dwa lata. Nie chcieliśmy oddawać dzieci w łapska systemu państwowej edukacji z ideologią gender, pochwałą pedalstwa, masturbacji i legendarnego już zakładania gumki na banana. Nie chcemy, by ktokolwiek indoktrynował nasze dzieci, ale też nie podobają się nam państwowe placówki. Ostatnie badania Instytutu Badań Edukacyjnych pokazały, że 15 procent uczniów podstawówek w Polsce jest dręczonych przez kolegów. Hołotę zawsze można spotkać, to po co przebywać z nią na siłę pod jednym dachem?

Edukacja domowa, to kwestia wyboru, przemyślanej decyzji, którą później można zmienić, jeśli zajdzie taka potrzeba. To bezpieczna próba, by Twoje dziecko nie wpadło w koleiny etatyzmu i nie musiało brać udziału w wyścigu szczurów. To świetna lekcja korzystania z wolności i sprawdzian dojrzałości rodziców. Zresztą zobacz, pisałem tylko o niechodzeniu do szkoły, a nie o olewaniu uczenia się, czy społecznego rozwoju.

Pamiętaj jednak, że Twoje dziecko i tak może być pierdołą, a Ty nieudolnym nauczycielem. Pamiętaj też, że masz być przede wszystkim rodzicem, który je kocha, i podejmie właściwe decyzje wobec jego życia, bo „miłość Ci wszystko wyjaśni”.

 


 

Poniżej konferencja prasowa Kukiz’15 dotycząca odebrania przez państwo części subwencji dla edukacji domowej, z udziałem Artura Abramowicza, dyrektora szkoły im. Zofii i Jędrzeja Moraczewskich w Sulejówku:

 

PS: W naszej rodzinie, to moja żona dźwiga większość obowiązków związanych z ED. Chwała jej za to i ptasie mleczko 😉 No, no, żartuję. Tu potrzeba znacznie głębszej wdzięczności.

 

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze.
Obserwuj mnie na Instagramie

Zobacz, to jest ciekawe