Co jest nie tak w edukacji publicznej w Polsce?

Prawie wszystko.

Przede wszystkim, że jest publiczna. Podobnie jak publiczna służba zdrowia jest problemem sama w sobie, a nie ułatwieniem, ale też…

…że nauczyciele mogą być bardzo trudnymi pracownikami (urzędnik państwowy + związkowiec) do tego narażonymi na utratę zdrowia i źle opłacanymi;

…że edukacja publiczna zdolnych olewa, a słabszych… też olewa, zwyciężają przeciętniacy;

…że nie uczy życia, tylko mnóstwa rzeczy, które zapomni się wraz z ostatnią lekcją;

…że nie przygotowuje do zawodu tylko do jakichś mglistych planów na przyszłość;

…że jest staroświecka co do formy;

…że jest systemem opresji, w którym rodzic jest nadzorcą z ramienia szkoły;

…że ocenia, a nie edukuje;

…że tak naprawdę utrudnia dzieciom rozwój zabierając czas przez godziny nad lekcjami;

…że stwarza fałszywe przekonanie, że szkoła i świadectwa z paskiem czy matura na piątkę, wystarczą, by zdobyć świat.

A do tego edukacja publiczna staje się znakomitym narzędziem politycznej i ideologicznej walki. Zwłaszcza przed wyborami. Może czas sprywatyzować szkoły publiczne, a Sławomira Broniarza wysłać na emeryturę?

Inaczej to będzie ciąg dalszy politycznej hucpy. Podobnie jak istnienie telewizji publicznej i troska środowisk LGBT+ o dzieci w naszych szkołach.

No i co? Ze jak przegra PIS to się wszystko zmieni?