Jest rok 2032. Postawny, łysy mężczyzna buja się lekko na nogach i oddaje mocz. Żółta struga rozbryzguje się na kamiennym podłożu. Jest zimno, więc ciecz paruje w zetknięciu z płytą nagrobka. Uryna wypełnia żłobienia liter, które składają się na imię, nazwisko i wiek pochowanej osoby. To osiemnastoletnia Carina Borgund, a człowiek, który obsikuje grób, to sprawca jej śmierci – Anders Breivik. Właśnie dziś wyszedł z więzienia, po odbyciu drakońskiej kary 21 lat więzienia za zamordowanie w 2011 roku 77 ludzi i ranienie 300 innych.

Breivik po odsiadce jest nietykalny, a protesty rodzin ofiar, by pozostał w odosobnieniu, nie zdały się na nic. Norwegia wzorowo przestrzega praw człowieka i żadna krzywda, ani niesprawiedliwość nie może przydarzyć się komuś, kto już odbył zasłużoną karę.

Morderca opuszcza cmentarz i wsiada do najnowszego modelu Volvo. Dostał go w prezencie od państwa, wraz z kuloodpornymi szybami i ochroną, gdyby komukolwiek przyszła do głowy zemsta…

Wróćmy jednak do tu i teraz.

Możemy się czuć przeszczęśliwi, że jak dotąd Polskę nie dotknęła taka tragedia jak zamachy w Norwegii, czy w Paryżu i Brukseli. Że w weekend śmierć wciąż zbiera większe żniwo wśród ofiar pijanych kierowców, niż szaleńców podkładających bomby. Że więcej dzieci utonie przez nieuwagę rodziców podczas najbliższych wakacji, niż zostanie rozstrzelanych przez terrorystę podczas biwaku na jakiejś wyspie.

Zamachy to jednak spektakularne zdarzenia i zawsze będą wywoływać emocje, szczególnie te pożądane przez sprawców. Teraz, zanim jeszcze opadnie pył i obeschnie krew na ścianach, już widzimy relacje w internecie, a nieraz do sieci trafiają nagrania z samych ataków. Później całodzienne celebry w mediach, dyskusje, komentarze, potem czarne marsze, kwiaty, misie i łzy. I tak do kolejnej tragedii.

aborcja

Więzienie Telemark. Za jego murami siedzi Anders Breivik. Jest szansa, że jednak nie opuści tego miejsca w 2032 roku. Norweski sąd ma możliwość bezterminowego wydłużenia kary, jeśli skazany nadal będzie stanowił zagrożenie. Foto: Bitjungle, CC BY-SA 3.0.

Jednak dobrze wiem, że śmierć zbiera także swoje żniwo po cichu i niemal codziennie, w białych rękawiczkach, za parawanem, za ścianą szpitala, który mijam w drodze do pracy. Tam nie ma kamer i transmisji live, nie ma show. Jest cisza, być może tylko niekiedy zmącona delikatnym łkaniem… Według danych NFZ, w 2014 roku wykonano w Polsce ponad 1800 tzw. legalnych aborcji (i jest to rosnący trend). Ten przewrotny eufemizm jeszcze jakoś zniosę, ale świadomość, że za śmiercią nienarodzonych stoją lekarze jest nie do wyobrażenia. To oni są Breivikami w kitlach, tylko nie robią wokół siebie tyle szumu.

A nawet są gorszego sortu niż morderca z Norwegii, bo tymi samymi rękami w jednej sali niosą pomoc, a w drugiej zabijają. I do tego są bezkarni, a nawet chronieni przez środowisko. Przeraża ta postawa dr. Jekylla i pana Hyde’a. I co z tego, że ustawa na to zezwala. Już byli tacy na świecie, którzy „tylko wykonywali rozkazy”.

Warto tu dodać, że po tragedii w warszawskim, tak zwanym, szpitalu Świętej Rodziny, w którym pozwolono umrzeć dziecku, które przeżyło aborcję, głośniej mówi się, że z tą „legalnością aborcji” to różnie bywa. Wcale się temu nie dziwię. Zgniły, moralny kompromis obecnej ustawy, zawsze będzie infekował postawy ludzi, zachęcał do nadużyć. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co mogłaby przynieść skrupulatna kontrola Ministerstwa Zdrowia w tym temacie.

Zasada podwójnego skutku

Celowo nie rozpisuję się tu o kobietach, które zdecydowały się na aborcję. Nie wierzę, by większość z nich podjęła taką decyzję zupełnie świadomie i dobrowolnie. To jest po prostu zbyt absurdalne. Nawet ateiści nie mają wątpliwości, że jest to człowiek, tylko że na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Zatem nie można tego sporu sprowadzać do spraw wiary i wiarą lub jej brakiem motywować decyzje.

Nie wiem na ile ustawa całkowicie zakazująca aborcję przyniosłaby zadowalające wyniki. Sama jej moc to jeszcze za mało. Ale gdy zastanawiam się choćby nad tym jednym paragrafem obecnej ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, który mówi, że ciążę można usunąć, gdy:

(…) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.”

przechodzą mnie eugeniczne ciarki.

Czy ratownik reanimuje rannego w wypadku tylko dlatego, że ma stuprocentową pewność, że poszkodowany przeżyje? Czy ma też pewność, że kiedykolwiek wyzdrowieje lub obudzi się ze śpiączki? Czy strażacy ryzykują własnym życiem tylko dla tego, że wiedzą na pewno, że uda się uratować ludzi z pożaru? Sam sobie na te pytania odpowiedz.

Rzadko przypomina się, że ratowanie życia matki lub dziecka, nie polega na zabiciu jednego z nich. W medycynie od dawna funkcjonuje zasada podwójnego skutku. 

Mogą się do niej odwoływać wspominani już przeze mnie ratownicy, w sytuacji, gdy np. muszą zdecydować kogo reanimować najpierw, co w konsekwencji może doprowadzić do śmierci drugiej osoby. Zresztą to zasada, która również ma zastosowanie choćby przy przyjmowaniu leków (możliwe komplikacje), czy podczas zabiegów chirurgicznych np. w znieczuleniu ogólnym (śmierć pacjenta w wyniku niepowodzenia operacji).

Aborcja to prawo dżungli. Wygrywa silniejszy!

Aborcja, to prawo dżungli

W sytuacji zagrożenia życia matki lub dziecka, można w zgodzie z sumieniem i moralnością, zdecydować kogo ratować, a nie kogo zabić. Dlaczego ci najbardziej bezbronni mają być skazywani na śmierć? Czas, by zwolennicy aborcji przestali wciąż mówić o „prawie wyboru”. Co to za wybór, który ma tylko jedna strona? To zwykłe prawo dżungli – wygrywa silniejszy!

Żaden normalny lekarz czy paramedyk, nie będzie nikogo skazywać na śmierć, zwłaszcza tak niewinną i bezbronną istotę, którą jest nienarodzony człowiek.

Więc niech mi tu feministki, ani inne lewackie środowiska nie wmawiają, że całkowity zakaz aborcji to skazywanie kobiet na śmierć. Powinni się cieszyć, że ktoś w ogóle walczy o ochronę życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. Przecież w ten sposób jeszcze bardziej oddala się możliwość przywrócenia kary śmierci w Polsce, a to przecież jeden z naczelnych lewicowych lęków. Ale też ochrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci, to także mój spokój, że ktoś kiedyś pomyśli np. o eutanazji mojej osoby lub moich bliźnich.

Życie innych, kosztem śmierci nienarodzonych to barbarzyństwo, to traktowanie człowieka jak rzeczy, którą można wyrzucić do śmieci, gdy się zepsuje. Dlatego całym sercem jestem za obywatelskim projektem ustawy całkowicie zakazującej aborcji. 

Aborcja to prawo dżungli. Wygrywa silniejszy!

 

Ciarki mnie przechodzą, gdy słyszę jak ludzie gorszą się wojnami, rzeziami bezbronnych, czy takimi czynami, których dopuścił się Anders Breivik i jednocześnie stoją po stronie aborcji czy owego „prawa kobiety do wyboru”. Zawsze wtedy przypominają mi się słowa bł. Matki Teresy z Kalkuty: „Jeśli matce wolno zabić własne dziecko, to jak powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali?”.


Jest rok 2032. Postawny, łysy mężczyzna buja się lekko na nogach i oddaje mocz. Żółta struga rozbryzguje się na kamiennym podłożu. Jest zimno, więc ciecz paruje w zetknięciu z płytą nagrobka. Uryna wypełnia żłobienia liter, które składają się na imię, nazwisko i wiek pochowanej osoby. To osiemnastoletnia Carina Borgund, a człowiek, który obsikuje grób, to sprawca jej śmierci – Anders Breivik. Właśnie dziś wyszedł z więzienia, po odbyciu drakońskiej kary 21 lat więzienia za zamordowanie w 2011 roku 77 ludzi i ranienie 300 innych.

Morderca opuszcza cmentarz i wsiada do najnowszego modelu Volvo. Dostał go w prezencie od państwa, wraz z kuloodpornymi szybami i ochroną, gdyby komukolwiek przyszła do głowy zemsta.
Wyciąga z teczki „Mein Kampf” i własne notatki. „Jeszcze tyle do zrobienia, a tak mało czasu…” – myśli, gdy samochód zatrzymuje się przed gmachem telewizji…

Polub bloga na Facebooku, śledź na Twitterze, zapisz się na Newsletter
Obserwuj mnie na Instagramie

Zobacz, to jest ciekawe